Przekrocznie rzeki Manycz
działania Panzer-Pionier-Bataillon 39 z 3. Dywizji Pancernej
Lipiec 1942, marsz 3 dywizji pancernej na Kaukaz w ramach realizacji "Fall Blau"....
Na południe od Donu dla wojsk niemieckich powstały całkiem nowe warunki prowadzenia walki. Należało przezwyciężyć 500 kilometrów stepu, a następnie pokonać jeden z najpotężniejszych łańcuchów górskich świata, który rozciągał się przed niemieckimi grupami uderzeniowymi w poprzek, pomiędzy Morzem Czarnym a Kaspijskim.
Stepowe tereny północnego Kaukazu stwarzały nieprzyjacielowi znakomite warunki do długotrwałego oporu. Niezliczone wielkie i małe rzeki, które z kaukaskiego działu wodnego spływały zarówno do Morza Kaspijskiego, jak również do Morza Czarnego, były przeszkodami, które obrońca mógł utrzymywać stosunkowo słabymi siłami.
Jak na pustyni, tak i tutaj na stepie źródła wody pitnej wyznaczały napastnikowi marszrutę. To był obcy świat, do którego zaniesiono wojnę. I ten, kto w końcu postawił nogę po drugiej stronie Manyczy, mającej 700 kilometrów długości, opuszczał Europe i wkraczał do Azji. Ta rzeka jest granicą pomiędzy obiema częściami świata.
To była westfalska 16 DP (zmot) z 3 korpusu pancernego i berlińsko-brandemburska 3 dywizja pancerna z 40 korpusu pancernego, które jako pierwsze niemieckie związki bojowe przekroczyły granicę pomiędzy Europa a Azją.
Grotem włóczni 40 korpusu pancernego była 3 dywizja pancerna generała Breitha, która ścigała cofających się Rosjan od Donu przez Sał, aż do m. Proletarskaja, która leży nad dopływem Manyczy. Ta rzeka składa się właściwie z łańcucha spiętrzonych jezior, mających w niektórych miejscach kilometrową szerokość, z potężnymi zaporami dla elektrowni Manyczstroj.
Po drugiej stronie siedziała dobrze okopana radziecka ariergarda. Manycz była dla Rosjan idealną linią obrony, wielką barierą na przedpolach Kaukazu.
"Jak przejdziemy na druga stronę?", pytał pełen troski generał Breith swego oficera operacyjnego, majora Pomtowa i dowódcę 3 pułku strzelców, podpułkownika Zimmermanna.
"Tam, gdzie rzeka jest najwęższa, siedzi najwięcej Rosjan", odpowiedział Pomtow i wskazał na meldunki sytuacyjne z rozpoznania lotniczego.
Jeńcy zeznali, że "Po drugiej stronie siedzą oddziały NKWD", uzupełnił Zimmermann.
"I są dobrze okopani, jak pokazują zdjęcia lotnicze", dorzucił Breith.
"Jakby to było, gdybyśmy Iwana wykiwali i wyszukali sobie najszersze miejsce, w pobliżu wielkiej zapory, gdzie rzeka ma dwa do trzech kilometrów szerokości? Tutaj Rosjanie najmniej oczekują ataku", zaproponował Pomtow.
Myśl była dobra. I tak też uczyniono. Na szczęście, 39 batalion saperów pancernych ciągnął ze sobą jeszcze dwadzieścia jeden łodzi desantowych. Zostały dostarczone. Co prawda, letni żar tak je wysuszył, że przy próbie wodnej dwie poszły na dno jak kamienie. Pozostałe też nie były całkiem szczelne, ale kiedy się energicznie wylewało wodę, musiało się udać.
Podporucznik Mowis i tuzin nieustraszonych "Brandemburczyków" rozpoznali dwa dobrze nadające się przejścia, prawie dokładnie w najszerszym miejscu rzeki. Obydwa przejścia znajdowały się powyżej miasteczka Manyczstroj, które leżało bezpośrednio po drugiej stronie dostępu do zapory oraz zabezpieczało tę ważną zaporę na razie tylko w pojedynczych miejscach niezdatną do przejścia i zaminowaną. Chodziło o to, aby wziąć miejscowość zaskakującym wypadem i uniemożliwić stojącemu tam na pewno w gotowości pododdziałowi minerskiemu całkowicie zniszczenie zapory.
Do akcji utworzono grupę bojową z pododdziałów 3 brygady grenadierów pancernych. 2 batalion 3 pułku grenadierów pancernych atakował z lewej strony, a 1 batalion z prawej. Z części 3 pułku grenadierów pancernych zestawiono silną kompanię szturmową. Porucznik Tank, wypróbowany dowódca 6 kompani, dowodził ta grupą bojową. Zadanie brzmiało: "Pod osłoną ciemności należy na przeciwległym brzegu zalewu utworzyć przyczółek mostowy. Po przeprawieniu całej grupy bojowej, trzeba przełamać nieprzyjacielską pozycję ubezpieczającą i zaatakować wieś Manyczstron".
Dla wykonania jakiegoś skutecznego wsparcia artyleryjskiego z północnego brzegu w grupie bojowej znajdował się obserwator artyleryjski. który miał kierować ogniem.
Śmiały atak 40 korpusu pancernego udaje się, kiedy 3 dywizja pancerna z jednym batalionem 6 pułku czołgów na głównym kierunku pozoruje atak z północnego zachodu, równocześnie jednak 1 batalionem 3 pułku grenadierów pancernych uderza przez rzekę. Między godziną 24 a 1 operacja została poprzedzona uderzeniem ogniowym artylerii dywizyjnej.
Ludzie Tanka leżeli na brzegu. Saperzy ściągnęli łodzie do wody. Granaty z wyciem przelatywały nad nimi, uderzały po drugiej stronie i pokrywały brzeg płomieniami i dymem.
"Naprzód", rozkazał Tank. Skok do łodzi i zaczyna się. Trzeba było energicznie czerpać wodę za pomocą puszek konserwowych, aby łodzie nie potonęły. Warkot motorów był zagłuszany przez ogień artyleryjski. Ze strony Rosjan nie było ani jednego strzału.
Rzeczkę przekroczono bez strat. Kile dziewiętnastu łodzi zaryły się w piach na drugim brzegu. Tank jako pierwszy wyskoczył na ląd. On był już w Azji.
"Biała rakieta sygnalizacyjna", krzyknął Tank do dowódcy kompani. Ten odpalił rakietnicę. Artyleria niemiecka nagla przeniosła ogień dalej do przodu. Saperzy natychmiast zawrócili ze swoimi łodziami, aby przewieść następna grupę.
Ludzie Tanka biegali skokami po płaskim brzegu. Rosjanie w pierwszym okopie całiem zbaranieli i uciekli. Zanim zaalarmowali drugi, leżący z tyłu okop, karabiny maszynowe Tanka zdążyły już skosić nieprzyjacielskie posterunki i wartowników.
Ale teraz Rosjanie z lewej i prawej miejsca lądowania byli czujni. Kiedy łodzie desantowe zbliżały się drugi raz, dostały się pod ogień karabinów maszynowych Rosjan. Dwie łodzie zatonęły. Pozostałe przewiozły 120 ludzi, zaopatrzenie w amunicję i sztab 2 batalionu.
Ale na tym zakończyło się przeprawianie. Dowódcy bataliony, majorowi Boehmowi udało się jeszcze poszerzyć przyczółek mostowy na południowym brzegu Manyczy. Potem został ciężko ranny. Porucznik Tank, najstarszy dowódca kompanii 2 batalionu, objął dowodzenia na przyczółku. Rosjanie pokryli cały brzeg ogniem flankującym. Rosyjska artyleria grzmiała nad nimi. Zaczynająca się jasność poranka uniemożliwiła jakiekolwiek dalsze transporty.
Porucznik Tank ciągle jeszcze leżał na płaskim brzegu w zdobycznych okopach radzieckich i szybko wykopanych dołkach strzeleckich. Rosjanie ostrzeliwali ich z moździerzy, zagrabiali seriami z karabinów maszynowych i dwukrotnie przypuszczali kontrataki, które podchodziły na parę metrów pod pozycję Tanka.
Ale najgorsze było to, że zaczynało brakować amunicji. Karabin maszynowy na lewym skrzydle miał jeszcze tylko dwie taśmy naboi. U innych nie było lepiej. Amunicja do moździerzy była już wystrzelana.
"Dlaczego nie atakuje Luftwaffe?", pytali żołnierze Tanka i spoglądali na zasłonięte, mgliste niebo. I tak jak gdyby dowódca jednostki lotniczej słyszał ich westchnienia, około godziny 6 wraz z przebijającym się słońcem, które także przegnało mgłę z pasów startowych, nadleciały niemieckie samoloty szturmowe. Zwalczały stanowiska artylerii radzieckiej i gniazda karabinów maszynowych. Pod osłoną gradu i bomb i ognia broni pokładowej udało się wreszcie przeprawić przez rzekę trzecią falę.
Porucznik Tank wykorzystał tę okazję. biegał od dowódcy plutonu do dowódcy plutonu i informowali każdego. Potem pluton za plutonem rozpoczął atak na Manyczstroj.
Rosjanie byli całkowicie zaskoczeni. Nie oczekiwali ataku od tyłu i z boku na silnie umocniona wieś. Ich cała uwaga była skupiona na przodzie, na tamie. Żołnierze Tanka szybko zwinęli tylne pozycje Rosjan.
Kiedy wreszcie dowódca rosyjski zreorganizował swoją obronę i zaczął się bronić tyłem do tamy, wtedy przez wąską drogę na tamie pędziły już pierwsze czołgi i transportery opancerzone bataliony Wellmanna.
Manyczstroj padł. Batalion Wellmanna przeszedł przez tamę bez strat. Manycz był pokonany, ostania zapora na drodze na południe, na Kaukaz i do ropy naftowej była przełamana.
(Źródło: Paul Carell, "Operacja Barbarossa", wyd. Bellona 2000, str. 470-474)
|